O Nas

Firma Foto Jakowscy powstała w 1980 roku. Na przełomie lat rozwinęliśmy się podnosząc poziom świadczonych usług. Dziś jesteśmy firmą nowoczesną i odważną. W swoim gronie mamy najlepszych fachowców z którymi tworzymy zgrany zespół i miłą atmosferę. Młoda i kreatywna kadra zrealizuje każdy wasz pomysł w sposób indywidualny i oryginalny.
Pracujemy dla Ciebie i dostosowujemy się do Twoich potrzeb aby zapewnić Ci najwyższy poziom usług. Mamy duże doświadczenie w dziedzinie fotografii i filmu. Solidną pracą zdobyliśmy uznanie i zaufanie szerokiego grona osób.

Z myślą o Tobie i Twoich bliskich wciąż udoskonalamy Naszą ofertę.

studio

Media o nas

„Studio na urodziny”

– Przechodziłem któregoś dnia obok zakładu Zbigniewa Krydy. W oknie wisiała kartka z napisem: „przyjmę ucznia”. Pomyślałem, że to dobry znak i teraz na pewno powinienem zająć się już tylko fotografią. Kryda mnie przyjął i tak zaczęła się moja profesjonalna przygoda z tym zawodem – opowiada Jan Jakowski, który od 30 lat zatrzymuje w kadrze twarze i wydarzenia z życia miasta.

Czego nauczył pana Zbigniew Kryda, jeden z najsłynniejszych płockich fotografów?

– Był wymagający, ale chętnie dzielił się wiedzą. To człowiek, do którego można było przyjść z każdym problemem, nie tylko z dziedziny fotografii. Chętnie wspierał nowe pomysły. W Płocku działało wtedy kilku fotografów: Nowakowski, Piotrowski, Maślankowski, Kras. To była elita. Wtedy fotografia kolorowa dopiero raczkowała. Pierwszy wprowadzał ją do Płocka pan Nowakowski, który miał zakład przy Grodzkiej. Wszyscy się zastanawialiśmy, dlaczego on ma takie ładne zdjęcia. W tamtych czasach fotografia była zupełnie inna. Nie było aparatów cyfrowych, kart pamięci i labów drukujących zdjęcia, nie mówiąc już o komputerach i programach do obróbki. Urządzeniami dostępnymi wtedy były powiększalniki, mokre stoły oraz koreksy do wywoływania klisz. Proces wywoływania zdjęć był bardzo czasochłonny i wymagał wiedzy także z zakresu chemii. Trzeba było być naprawdę dobrym chemikiem, żeby wiedzieć jak, co z czym połączyć, żeby uzyskać pożądany efekt. Wszystko było żrące, trujące. Do dzisiejszego dnia mam stare wydania magazynu „Foto”. Nie było przecież internetu, gdzie można przeczytać o wszystkich nowinkach. Wiedzę trzeba było zdobywać samemu. Człowiek szperał, szukał, czytał po nocach, pytał innych. A dziś w internecie można znaleźć i kupić wszystko.

Jan Jakowski copy

Ale Kryda nie był pana pierwszym mistrzem. Już wcześniej zarazi ł się pan fotograficzną pasją.

– Po latach myślę, że ona była we mnie od samego początku. W 1962 roku dostałem z okazji I komunii aparat fotograficzny marki ”Ami” i się zaczęło. Potem spotkałem Jerzego Lewickiego, który w SP nr 11 prowadził kółko fotograficzne i uczył nas patrzeć na świat przez obiektyw. Bardzo mi się to podobało. Nie byłem jednak tak odważny, żeby wyjechać z Płocka i poszukać szkoły fotograficznej. Wybrałem Technikum Elektryczne i pewny zawód. Była to niezła szkoła, w której pozwolono mi założyć kółko fotograficzne. Po skończeniu Elektryka zacząłem pracę w FMŻ. Wytrzymałem tam tylko 3 miesiące i stwierdziłem, że to nie dla mnie. Ciągle myślałem o fotografii. Kartka na drzwiach zakładu Krydy przekonała mnie ostatecznie do wyboru innego zawodu. Elektryk chodzi z torbą, a ja tę torbę zamieniłem na torbę fotograficzną. Z czasem skończyłem szkołę fotografii w Warszawie przy ulicy Spokojnej i zostałem mistrzem.

Miał pan szczęście do ciekawych ludzi. Dzięki Jerzemu Fallowi trafi ł pan do Petrochemii i to jako fotograf.

– Pracowałem w Petrochemii, w laboratorium fotograficznym pod okiem Jerzego Falla i Urszuli Jaskóły. To był bardzo ciekawy okres w moim życiu. Pracownia była doskonale wyposażona, chyba w tamtych czasach – najlepsza w kraju. Gdy robiłem w Warszawie dyplom z fotografii artystycznej, mój promotor nie mógł uwierzyć, że w pracy mam dostęp do takich cudeniek. Wszystko robiliśmy na agfie. Materiały przychodziły z Niemiec i Japonii. Pracownia była na wysokim poziomie dzięki Jurkowi Fallowi. On żył fotografią. Najczęściej uwiecznialiśmy „przodowników pracy”, robiliśmy foldery, wydawnictwa reklamowe. Wspólnie z działem reklamy i radiowęzłem należeliśmy do jednego działu, który dbał o promocję zwłaszcza, że wtedy budowała się instalacja Olefin. Obsługiwaliśmy też kino. Były dwa potężne projektory. Rosyjskie wersje polskich filmów pokazywaliśmy delegacjom z Rosji, ale nie tylko. Autokarami przywozili całe wycieczki płocczan spoza zakładu na wieczorne projekcje. Puszczaliśmy m.in. Człowieka z żelaza. Nasza pracownia fotograficzna wymieniała się doświadczeniami z pracownią w FMŻ. To były wtedy dwie największe pracownie w Płocku. Pracowałem tam 5 lat. Potem poszedłem do Muzeum Mazowieckiego na stanowisko kierownika pracowni fotograficznej. Nie do końca odpowiadała mi ta praca, bo zajmowałem się głównie fotografią eksponatów muzealnych. Braliśmy jeden, fotografowaliśmy i odnosiliśmy i tak w kółko, choć zrobienie dobrego zdjęcia wcale nie było takie łatwe. Ale wtedy trafiło mi się największe fotograficzne wyzwanie w moim życiu.

Czy myśli pan o dramatycznych zdjęciach, które powstały podczas wielkiej powodzi w 1982?

– To był bardzo ciężki czas dla ludzi, a dla mnie, jako fotografa – wielkie wyzwanie. Wtedy sobie nie zdawałem sprawy, że takie zadanie może się trafić tylko raz w życiu. Zostałem oddelegowany na 2 albo 3 miesiące do jednostki. Mieliśmy fotografować stan wody od Wyszogrodu do Włocławka. Z ekipą radziecką i enerdowską lataliśmy helikopterem nad zalanymi terenami. Oni filmowali, my robiliśmy zdjęcia. Widziałem wtedy wstrząsające rzeczy, np. zwierzęta zawieszone na drzewach. Niewielu fotografów przeżyło podobne

doświadczenia. Dobrze, że był duży mróz i nie wybuchła epidemia. Zrobione wtedy zdjęcia zostały w Muzeum. Czułem się, jako młody człowiek, uprzywilejowany. Schlebiało mi, że mam przepustkę, w dzień i w nocy mogę sobie chodzić po ulicach, a przecież obowiązywała wtedy godzina policyjna.

Kiedy zdecydował się pan na własny zakład fotograficzny?

– Firma powstała w 1982 roku. Byłem już trochę zmęczony pracą w Muzeum, marzyłem o własnym studio. Chciałem pracować z ludźmi, nie z eksponatami, mieć modeli, a nie tylko robić zdjęcia reportażowe. Pierwszą ciemnię założyłem przy ulicy Piaska. Stamtąd przeniosłem się na ulicę Ostatnią, gdzie z żoną prowadziliśmy nasz pierwszy sklep fotograficzny. Przełomem stał się zakup labu fotograficznego i przenosiny na Nowy Rynek. Kiedy z technologii analogowej przechodziliśmy na cyfrową, stanęliśmy przed ważnym dylematem: inwestować w tę nową technologię, czy nie? Było to kolejne wyzwanie i ryzyko. Niewiele firm się wtedy na to porwało, ale my zdawaliśmy sobie sprawę, że jeżeli nic nie zrobimy, równie dobrze możemy zamknąć firmę.

Są państwo znani m.in. z fotografii dziecięcej i ślubnej. Co sprawia Panu więcej satysfakcji – praca z nowożeńcami czy z dziećmi?

– Dziecko to jest chyba najpiękniejszy temat fotografii. Praca z najmłodszymi przynosi wiele satysfakcji i niespodzianek, bo dziecko potrafi swoją osobowością nas przepięknie zaskoczyć. Trzeba do niego umieć podejść, trzeba się z nim zaprzyjaźnić, pobawić, porozmawiać, żeby się przekonało do fotografa. Ważne jest pozytywne podejście, bo dzieci doskonale wyczuwają emocje, jeśli będą one negatywne, nie będą wówczas chciały pozować. Jeśli chodzi o fotografię ślubną, to też staramy się o nowe pomysły. Szukamy ciekawych plenerów. Nie staramy się robić sesji w dniu ślubu, bo wtedy wszyscy są zmęczeni i się spieszą. Niech młoda para będzie naturalna. Trochę ją prowadzimy, podpowiadamy, a potem idziemy na żywioł, czekamy na moment, kiedy dla obu stron pozowanie będzie przyjemnością i zabawą. I nieraz wychodzą naprawdę piękne zdjęcia. Jako pierwsi odkryliśmy plener w Cierszewie, ale potem zrobił się tam tłum. Lubię fotografować przedszkolaków i szkolne uroczystości. Fotografia reportażowa też ma swój urok, bo nigdy nie wiemy, co nas spotka. Albo jesteśmy na tyle szybcy, że złapiemy ulotną sekundę, albo nie. Żeby być fotografem, trzeba mieć w sobie to coś. Można się wykształcić, chodzić do szkół, ale to nie zastąpi dobrego oka. Potrzebne jest też szczęście, żeby znaleźć się we właściwym miejscu o odpowiedniej porze. Nie każdemu jest to dane. Może ktoś być świetny w portrecie, pięknie łowić światło, ale zdjęcia reportażowe wymagające szybkich reakcji nie będą dla niego. Dzisiaj komórki zastępują nam aparaty, ale potrafią tylko i wyłącznie rejestrować. To nie jest żadna fotografia artystyczna. My też robimy zdjęcia do dokumentów i to nie jest wielki artyzm, to po prostu pewna produkcja, która pomaga potem w zrealizowaniu większych i bardziej wymagających projektów. Ja lubię wyzwania, jakieś sesje w plenerze, pracę z modelami – wtedy można się wykazać.

Oprócz fotografii zajmuje się pan jako jeden z nielicznych w Płocku produkcją filmową. W lokalnej telewizji często można obejrzeć zrobione przez Foto-Jakowscy reportaże z uroczystości w szkołach i przedszkolach, z festiwali piosenek, przeglądów teatrzyków, a także wydarzeń w mieście. Czy to oznacza nowy etap w pana życiu zawodowym?

– W tej chwili zaczęliśmy bardzo mocno wchodzić w produkcję telewizyjną. Jesteśmy w trakcie realizacji kilku spotów reklamowych i próbnych zdjęć do kolejnego programu. Aparat się trochę przekształcił w kamerę, ale to nie znaczy, że już wcale nie fotografuję. Mój starszy syn skończył PWSFTViT w Łodzi i obecnie pracuje w stacji Polsat. Dzięki niemu rozpoczęliśmy produkcję programu przyrodniczego Tajemnice kniei o polskich zwierzętach. Można go oglądać w każdą sobotę o godz. 20.45 na Polsacie 2. Nagrywaliśmy też na przykład Noc Cygańską, Festiwal Piękna, ostatnio – przejście Orszaku Trzech Króli. Ze współpracy z uczestniczkami konkursu powstał piękny kalendarz, który niebawem zaprezentujemy na dorocznym przeglądzie „Płockie kalendarze”. Rejestrujemy wiele wydarzeń z życia szkół i przedszkoli, spektakle teatru integracyjnego w „Małachowiance”. Staramy się ludziom w Płocku jak najwięcej pokazać. Telewizja lokalna jest po to telewizją lokalną, żeby ludzie wiedzieli, co się dzieje w ich mieście. Wielu ludzi wkłada swój czas i energię w przygotowanie teatrzyków, balów, przeglądów. Dlaczego tego nie pokazywać? Dzięki nam taki nawet krótki film obejrzy dużo więcej ludzi. Robimy to bezinteresownie.

Firma z nazwiskiem w nazwie to nawiązanie do dobrych tradycji płockiego rzemiosła. Czy wychował pan już następców?

– Tej firmy nie byłoby bez pomocy i zaangażowania właściwie już teraz całej mojej rodziny. Najpierw wciągnąłem żonę, która pracowała w banku. Pasję fotograficzną zaszczepiłem też w swoich synach: Patryku i Dawidzie. Jeden skończył szkołę filmową, a drugi – fotograficzną. Jesteśmy taką trochę zwariowaną rodziną. Nie mamy żadnych świąt ani weekendów, oprócz Wigilii i śniadania wielkanocnego. Potem pracujemy. Ojciec, który całe życie marzył o fotografii, synowie podzielający jego pasję. Czego sobie można więcej życzyć?

A jednak zażyczył pan sobie nowe studio, akurat na urodziny.

– Cały czas myślałem o stworzeniu czegoś większego, gdzie mógłbym realizować śmiałe pomysły. Nowa siedziba to wielkie możliwości, na miarę XXI wieku. Samo studio będzie miało powierzchnię prawie 200 m kw. Wyposażone jest w cykloramę, dzięki której możemy fotografować tak duże obiekty, jak samochody i łodzie. Takie specjalne tło pozwala na tworzenie przestrzennych elementów w fotografii i telewizji. W studiu zostanie wybudowana też scenografia niczym w teatrze lub na planie filmowym, gdzie każdy będzie się mógł poczuć jak gwiazda. Myślimy o założeniu telewizji internetowej i agencji reklamowej. Na pewno będziemy się nadal chcieli angażować w życie miasta. W okresie wakacyjnym zaprosimy młodzież na bezpłatne warsztaty dziennikarsko-operatorskie, na których profesjonaliści zdradzą tajniki warsztatu. Równolegle będą trwały w naszym studio warsztaty fotograficzne. Serdecznie zapraszam wszystkich 4 lutego do nowej siedziby przy ulicy Mickiewicza 3 (po drukarni Agpress), na otwarcie sklepu i studia foto-video. Od 10.00 do 12.00 będzie można oglądać studio i sfotografować się za darmo ze znajomymi lub rodziną. Będzie wiele atrakcji, ale nie chciałbym ich na razie zdradzać. Ja się nigdy nie zatrzymuję. Mam ciągle nowe pomysły. Zrobię jedno i już myślę o następnym. Nie chcę usiąść w fotelu i nic nie robić.

Rozmawiała Lena Szatkowska – Tygodnik Płocki.